poniedziałek, 13 lutego 2012

Bo kobiety są gorące - opowieść walentynkowa

Temperatura 40 stopni, sylwester 1995. Nie, nie, kochani, spędzałem go w Polsce, a nie na Bahama.  To dziewczyna była tak gorąca, a konkretnie zagrypiona. Ale po kolei.

Tamtego roku, szliśmy paczką na „domówkę” do moich znajomych, którzy mieli willę na obrzeżach miasta. Kolega ze szkoły upierał się byśmy wpadli po jego kuzynkę i jej „psiapsiułę”.  Tak też zrobiliśmy, choć ja nie byłem zadowolony. No wiecie, panienka co sobie nie umie skombinować sylwestra, tylko ją kuzyn wyciąga, to nie brzmi zachęcająco.
W progu przywitała nas kaszląca czarnula, przypominająca z urody cygankę. Podała mi dłoń, bardzo gorącą i suchą.
- Katarzyna jestem - przedstawiła się, a mi to zabrzmiało w uszach, jakoś tak władczo,  niczym pustynny wiatr. Pomyślałem wtedy, że ładnie kolega mnie wrobił i że nie będę zabawiał tej pannicy, bo nie jestem z tych co służą nabzdyczonym szlachciankom. 

Pamiętam, że przed wyjściem matka oferowała jej tysiąc złotych, żeby tylko zatrzymać nastoletnią latorośl w domu.  Zrozumiałe, martwiła się, tym bardziej, że matura zbliżała się wielkimi krokami. Jednak diablica fuknęła tylko, mamo przestań, strzeliła groźnie oczami i już była na korytarzu. No, łaskawie zgodziła się, by matka zawiozła nas samochodem.

Pchaliśmy przez następne 20 minut białą ładę po śniegu, a ja kląłem coraz mocniej w duchu. W końcu cudem jakimś zapaliła.

Mnie w udziale przypadło miejcie na tylnym siedzeniu, wbity obok gorączkującej Katarzyny, której usta wprost się nie zamykały. Kasłała i trajkotała jakby o dwunastej miał się skończyć świat, a ona biedna musiała opowiedzieć cały swój życiorys, oraz podyktować notariuszowi spis posiadanego inwentarza. Irytowała mnie coraz bardziej, ale jednocześnie zniewalał mnie jej zapach, podobnie jak ciepły dotyk jej ramienia.

Impreza w domu, wiadomo, tabun ludzi, znajomych znajomych, których imiona zapominałem zaraz  po tym jak się przedstawiali. Towarzystwo rozkręcało się powoli, wraz z brzękiem butelek z piwem i kieliszków. Ja jako, że zawsze wolałem bawić się i pamiętać następnego dnia, jak dobrze się bawiłem, zacząłem szukać sobie partnerki na ten wieczór. Niestety, w większości albo z kimś przyszły, albo  mnie nie pociągały, albo szybko przeszły w stan upojenia. No i ta czarnula, nie dawała mi spokoju. Ciągle się kręcili obok mnie, co utrudniało łowy. Owszem ładna bestyjka, zgrabna i te oczy czarne (jak w piosence), ale ten trajkot jak młynek do kawy, rany, no sami rozumiecie.

Z sąsiedniego pokoju dobiegała muzyka. Koleżanka miała, jak na tamte czasy, świetny sprzęt grający, moc głośników - pięćdziesiąt wat.  

Jako, że ja, odkąd pamiętam, kocham taniec,  rad nie rad poprosiłem czarnulę, z nadzieją, że może podczas tańca przestanie nadawać, bo to nie będzie miało sensu przy głośnej muzyce.

Gdy weszliśmy do pokoju w którym odbywały się tańce,  nie było w nim żywego ducha. To normalne, przyzwyczaiłem się, że to ja pierwszy testuję parkiet na imprezach i dyskotekach, podczas gdy pozostali muszą jeszcze nabrać procentowego luzu.


Zaczęliśmy podskakiwać w rytm szybkiego kawałka, o ile pamiętam to było jakieś disco. Nim jednak zdążyliśmy rozgrzać mięśnie, piosenka się urwała i zastąpił ją Bryan Adams “Everything I do I do it for you”, a na mojej szyi nie wiem jak spoczęły gorące dłonie dziewczyny.  Jak ona cudownie pachnie, to była moja ostatnia przytomna myśl tego wieczoru. A co było potem? Taniec, po prostu taniec. Podejrzewam, że  otaczali nas jacyś ludzie, choć nie jestem pewien, a rytm melodii ponoć, zmieniał się jak w kalejdoskopie,  ale mimo to my kręciliśmy się powoli, sennie, aż do samego rana, nie odzywając się do siebie, ni słowem.

Ta sensualna komunikacja była na tyle skuteczna, że dwa dni później miałem też czterdzieści stopni gorączki i kasłałem jakbym miał wypluć płuca. Nie przeszkodziło mi to oczywiście w tym, by pójść z nią na randkę, pomimo, że matka klęła w żywe oczy i proponowała złote góry, obym tylko został w domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz