piątek, 7 października 2011

Sen o kobiecie w różowym futerku - fragment

Alicję poznałem w internecie. To był jeden z tych upalnych czerwcowych wieczorów, gdy człowiek ma ochotę na szaloną przygodę, ale nie robi nic poza bezmyślnym gapieniem się na ekran komputera. Kiedyś skakało pilotem po kanałach w telewizorze, dziś po zakładkach przeglądarki.  Czasy niby się zmieniają, ale nie nawyki.

Wiecie oczywiście, czego szuka facet w sieci, gdy się nudzi. I nie, nie mówię tu o filmach dokumentalnych z cyklu „Ciężki los górników węgla brunatnego w byłej Jugosławii", czy omówienia systemu edukacyjnego Chin. Tej nocy zadałem google, konkretne hasło „Hot babes in stockings and with big breasts”.  I zaręczam wam, że dostałem to, czego chciałem, we wszystkich możliwych kombinacjach, ras, kolorów włosów, i przedziałach wiekowych. Bo przecież „The Internet is for PORN”, jak głosi przebój z youtube i nic tego nie zmieni. Pozostałe treści to tylko pretekst, maska, powód, by płacić abonament. Przecież to dla komunikacji ze znajomymi - tłumaczą mężowie zonom, a synowie matkom - dla nauki i intelektualnej rozrywki.  Ale sciema. Trzy litery określają precyzyjnie charakter tej rozrywki: XXX

Gdy już zaspokoiłem chucie i miałem wyłączyć laptopa, by w łóżku oddać się lekturze Alberta Camusa, a może i Emmanuela Kanta (jasne:), na dole ostatniej ze stron przyrodniczych, które przeglądałem, mój wzrok napotkał migający napis: Marku, możemy Ci dać więcej. O wiele więcej.
Coraz cwańsze te boty reklamowe, pomyślałem. Nigdzie nie podawałem imienia, a one potrafiły sobie go znaleźć. Najechałem myszką na przycisk zamykania przeglądarki, by czym prędzej uciec ze strony, która najwyraźniej naruszała moją prywatność. Kliknąłem. Zamiast pulpitu pojawiło się okienko informacyjne.

Marku, czy jesteś pewien? Taka okazja trafia się tylko raz. Spełnienie fantazji, o których śnisz jest w zasięgu ręki. Naprawdę chcesz to odrzucić? TAK/NIE

Tym razem na serio się przestraszyłem. To musiał być jakiś wirus, pewnie trojan. Ale dlaczego antywirus nic nie wykrył? Musiałem szybko coś wymyślić, bo lada moment mikrob mógł opanować cały mój komputer, albo i przesłać cała jego zawartość, w świat. Oczywiście klikanie w takich wypadkach w tak lub nie, byłoby głupotą, bo tylko rozprzestrzeniłoby infekcje, a może i dodało kolejnego szkodnika. Błyskawicznie wyłączyłem modem kablowy, odcinając komputer od sieci. Następnie zamknąłem Windowsa, by wywalić z pamięci komputera wszelki syf.

Przez następne dwie godziny, zamiast oddać się w ramiona morfeusza, czyściłem i sprawdzałem komputer wszelkimi dostępnymi programami. Tak, zgadza się, mam nerwicę natręctw i takie detale jak głupi komunikat nie pozwalają mi spokojnie zasnąć.  Tej jednak nocy musiałem pozostawić swoją manię nienasyconą,  gdyż nie znalazłem nic podejrzanego. Nie zmrużyłem oczywiście oka i rano niczym zombie powlekłem się do na uczelnie. Mało brakowało, a przejechałbym przystanek, bo w autobusie oczywiście usnąłem. Śnił mi się wirus komputerowy, który pożerał moje najskrytsze tajemnice, a potem publikował je na Facebooku z cynicznymi komentarzami.

O patrzcie, Marek Kilian podkochiwał się w nauczycielce od Polskiego, co za frajer. Trenował gorące pocałunki na poduszce, oraz miał złe myśli o małej kuzyneczce, a to zboczeniec. Od piętnastego roku życia prowadziłem pamiętnik, nawet go przepisałem na komputer z kajetów, sam nie wiem po co. Gdyby ktoś mi go ukradł, w robocie nie miałbym czego szukać. Każdą moją studentkę, a nawet kilka profesorek, wielokrotnie zaliczyłem w myślach i nie omieszkałem zanotować tego faktu dla potomnych. Nie podarowałem nawet pani rektor, przygwożdżając ja w gabinecie na stole pełnym indeksów i zmuszając do wykrzykiwania mojego imienia. Tak wiem, jestem brudna seksistowska świnia. Ale dobrze mi z tym. Zresztą robiąc habilitacje, nie miałem czasu na głębsze związki.

Chyba teraz nie dziwicie się, że wpadłem w taką panikę. Moje życie towarzyskie i kariera naukowa wisiała na włosku, mogłem być nawet szantażowany.
Pierwsze co zrobiłem po dotarciu do pracy, to włączenie służbowego komputera, i zalogowanie się na gmaila, by zmienić hasło dostępu. Zamierzałem podobnie uczynić z wszystkimi kontami, jakie posiadałem w internecie. Facebook, portale giełdowe, księgarnie, Steam, blogi, fora. Nie mogłem ryzykować.

Jakież było moje przerażenie, gdy okazało się, że tytuł pierwszej nieodebranej wiadomości w skrzynce pocztowej brzmiał: Marku, naprawdę możemy spełnić twoje marzenia.

Ciąg dalszy się pisze... 
Czekam na opinie.

1 komentarz: