poniedziałek, 17 października 2011

Premiera ostrego tekstu

Macie dosyć ugrzecznionych tekstów, w których autor krępuje się napisać co mu w głowie tańczy? No i świetnie, bo ja też mam dosyć. Dlatego postanowiłem pisać z wykopem, boleśnie. Owocem tego eksperymentu jest opowiadanie quasi pornograficzno-emocjonalne "Twoje Kino PORNO"  Nie jest to tekst dla każdego, szczególnie dla tych co na widok słowa "penis" zaczynają się czerwienić. Nie jest to też porno dla porno. Chcesz się dowiedzieć, gdzie są granice w poszukiwaniu beztroskiej przyjemności? A może ich nie masz?

Zaciekawiony? To tak jak ja, Twoje opinii, o moim utworze.

Można go pobrać w formie elektronicznej ze strony wydawnictwa RW2010 


--- A poniżej możesz obejrzeć gorący fragment opowiadania --



– O, już jesteś kotku. Nie mogłam się doczekać, więc poszłam się zdrzemnąć na chwilę.
W progu różowego pokoju stała kobieta, ubrana w futerko, a jakże, koloru różowego. Mogła mieć około trzydziestu paru lat, maksymalnie czterdzieści. Lubiłem kobiety nieco starsze, co tu kryć. Jeden przelotny rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że miała kształty, które jakby wyszły spod diabelskiej igiełki. Nie za chuda, nie za puszysta, po prostu akuratna. Zgrabne nogi opięte czarnymi rajstopami, krągłe uda, gruszkowate biodra, kształtny tyłeczek. Aż coś mi się miłego rozlało po trzewiach od samego patrzenia.

– Nie podobam ci się? – zapytała, przeczesując krótkie blond włosy, nie to spięte w kok, ni poszarpane bezładnie nożyczkami. – Tak  patrzysz dziwnie. No powiedz coś, bo się zaczynam niepokoić.
– Ale, ale... – zacząłem, jąkając się ¬– przecież to, i pani, i to…
– Spędzimy nieco czasu razem, więc może mów mi po imieniu. Alicja. A ty jesteś, jak wiem, Marek.
– Ale, ale...
– Rany, zaciąłeś się kotku, usiądź sobie wygodnie, ja pójdę się przebrać w coś wygodniejszego.
Odwróciła się na pięcie, rzucając mi zalotne spojrzenie na odchodne, a potem znikła w drzwiach. Świat zawirował i musiałem oprzeć się dłonią o ścianę, o tę ścianę. Była ciepła i przypominała w dotyku plastik. Lekko mrowiła w palce, ale równie dobrze mógł to być efekt stresu. Normalny ekran, tyle że ogromny. To odkrycie spowodowało, że westchnąłem z ulgą. Świat nie był jednak aż tak szalony, jak podejrzewałem. Całą resztę też się da pewnie jakoś wyjaśnić. Ten pokój po drugiej stronie oraz kobietę, która działała na mnie jak afrodyzjak. Po prostu musiałem usiąść i pomyśleć.
Chwiejnym krokiem cofnąłem się i opadłem na niezaścielone  łóżko. A może ci dranie mnie czymś naćpali? Do sądu ich podam, stracą pracę i skończą w kryminale.
Sięgnąłem po telefon komórkowy leżący na szafce obok legowiska. No to, panie Giza, teraz się pan doigrał. Wybrałem numer najbardziej zwariowanego magistra z całej bandy i już po chwili usłyszałem jego bezczelny głosik.
– Kostnica miejska, słucham, brak miejsc, proszę dzwonić do okręgówki, a mamusię zalecam tymczasowo do lodówki władować, a jak się nie zmieści, to można pociąć.
Odbierał już telefony jako policja, cyrk, szpital wariatów, dom publiczny oraz sejm. Kostnica to nowy repertuar.
– Nie wydurniaj się, kretynie, bo tylko pogarszasz sprawę –  warknąłem do słuchawki.
– O pan doktor, jak miło. Czemu zawdzięczam tę rozkosz dla moich uszu i lędźwi?
– W lędźwie to ci wkopię zaraz i to tak, że mojego butą będzie trzeba usuwać chirurgicznie.  Gadaj, coście mi podali.
– Ależ cóż to za agresja, panie doktorze, po co od razu jakieś niemiłe insynuacje? Jeśli chodzi o tę sól w kawie w ubiegłym tygodniu, to był pomysł magistra Kuranta, ja tylko asystowałem w wykonaniu.
Chciałem już dodać, że insynuacje to mu prokurator wystosuje, gdy wróciła moja halucynacja, znaczy kobieta w różowym futerku. Tyle że tym razem już bez futerka, a przebrana w prostą sukienkę w różowe kwiatki, ledwie zakrywającą pupę.
– Z kim rozmawiasz, kochanie? – zapytała, siadając na skraju swojego różowego łóżka z baldachimem, ostentacyjnie zakładając nogę na nogę. Pod spodem, najwyraźniej wzorem Sharon Stone z „Nagiego instynktu, miała niewiele, a konkretnie nic. Wiedziałem, że nie jest prawdziwa, ale jednocześnie wszystkie części mojego ciała, a szczególnie te wrażliwsze, pragnęły, żeby było wprost przeciwnie.
– O, słyszę, że pan doktor, ma tam jakąś kotkę – zauważył głos w telefonie. – No, no, nie podejrzewałem, kolegi o to. Brawo.
Chciałem mu odwarknąć, że kolegów niech sobie poszuka na podwórku, ale w tym momencie nieistniejąca kobieta przesunęła palcem wskazującym po ustach, jak gdyby to był najsłodszy lizak, i nagle odechciało mi się strofować Gizę. Wyraziłem to, wciskając na telefonie guzik z symbolem czerwonej słuchawki, a potem, choć do wczoraj w głowie by mi się to nie pomieściło, po prostu wypuściłem z dłoni mojego ukochanego Androidka, który przyrżnął głucho o dywan.
– A jednak ci się podobam – rzuciła, robią niewinną minę.
Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Wyobraźcie sobie tę scenę. Doktor filozofii, niebawem habilitowany, a rusza ustami niczym złota rybka, jak gdyby doznał amnezji, udaru i paraliżu jednocześnie.
– Ale kim pani jest? – zapytałem w końcu.
– No, kotku, brawo, a już myślałam, że posługujesz się wyłącznie monosylabami. Alicja, kotku, przecież mnie zamówiłeś, nie pamiętasz?
Zdolność logicznego myślenia powoli wracała. Pierwsze, co zrobiłem, to podniosłem telefon. Na szczęście nie był tak delikatny jak sądziłem.
– Ale ja myślałem, że to kawał, nadal tak myślę, bo wie, pani... znaczy, wiesz, znajomi koledzy magistrowie są strasznie psotni. A pani, znaczy ty, nie istniejesz, jesteś halucynacją otumanionego narkotykami umysłu.
Skrzywiła się w zamyśleniu.
– Kawał, wymysł, halucynacja?
Zdjęła kościane okulary i odłożyła je na szafkę obok łóżka.
– Ech, mój skarbie – westchnęła, podnosząc się i zmierzając kocim krokiem wprost na ścianę. – Podejdź tu, niewierny Tomaszu, a raczej Marku. No śmiało, przecież nie gryzę, zwłaszcza jeśli jestem halucynacją.
– Czy to wygląda na halucynację? A może to?
To mówiąc, odwróciła się tyłem i pochylając się lekko, wypięła swój słodki tyłeczek, w który z radością przyłożyłbym niejednego klapsa.
– A może moja myszka też jest halucynacją? – zamruczała, przesuwając dłonią między swoimi nogami. – To by była wielka szkoda, kotku, bardzo wielka, nieprawdaż?
W tym momencie straciłem wiarę w całe to zatrucie narkotykowe, a stałem się fanatycznie religijnym zwolennikiem istnienia cycatej blondaski, nawet wbrew dowodom świadczącym, że to niemożliwe.

-------------
Mam nadzieję, ze nieco zachęciłem?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz