czwartek, 1 września 2011

Chory, Kyrcz i Kain, Trup


Bizzare zawsze kojarzyło mi się z hektolitrami krwi i sadystami śmiejącymi się histeryczne, nad stygnącym, wypatroszonym trupem. Martwica mózgu oraz podobne klimaty nigdy mnie nie pociągały. A już czytać o tym nie zamierzałem, bo i po co. Zacząłem kiedyś Nekroskop, Briana Lumleya i mnie odrzuciło po jednym rozdziale.
          Ale gdy antologie tego typu opowiadań napisał mój ulubiony autor młodego pokolenia, czyli Dawid Kain, „wespół-w zespół” z nie mniej utalentowanym Kazimierzem JR Kyrczem, musiałem to przeczytać.
Dawida pokochałem (nie bójmy się tego słowa, nie jesteśmy homofobami) za „Gębę w niebie”. Ta książka powala na kolana, a jak już umrzesz ze śmiechu, to nadal się trzęsiesz.
Kyrcza bez bicia przyznaje, nie czytałem wcześniej nic. Sora wielkie, no nie ma człowiek aż tyle czasu, ale obiecuje nadrobić.
Przejdźmy do tomiku „Chory, chorszy, trup”. Pierwsze co uderza, to brak autorstwa przy każdym z tekstów. Rozumiem, że każdy z nich był pisany wspólnie? Chyba jednak wolałbym przekładańca, a nie sałatkę owocową. Obaj panowie mają swój styl i dobrze, by było posmakować każdego z osobna.
Bal chorych psychicznie, bo tak trzeba nazwać tomik, zaczyna opowiadanie „Wybierz swoją chorobę”. Zrozpaczony twórca poszukuje weny i korzysta z usług firmy, która mu z tym pomaga. Ale za wszystko trzeba płacić, w tym przypadku bardzo słono. Świetnie przedstawiona rzeczywistość z punktu widzenia osoby schizofrenicznej, wiem bo ostatnio sporo czytałem na ten temat. Realizm aż mrozi, ale jednocześnie zaprawiony jest czarnym humorem w angielskim stylu.
W kolejnych opowiadaniach dowiemy się co siedzi człowiekowi w głowie i że czasem może niech sobie siedzi tam nada, bo jak wyjdzie, to może narobić sporo zamieszania. Będziemy uczestniczyli także w składaniu trupa i dowiemy się, czego może pragnąć nowoczesny Frankenstein. A na sam koniec zrozumiemy, dlaczego dobrymi uczynkami wybrukowane jest piekło.
Nie są to na szczęście teksty typowe dla bizzare, czyli flaki, flaki, flaki i krew. Autorzy podeszli do tematu inteligentnie i ze smakiem. Zakończenie przeważnie zaskakują, co jest bardzo fajne, bo czytelnik się nie nudzi. Czyta się bardzo płynnie, co pewien czas uśmiechniesz się, czasem zastanowisz, czy przypadkiem twój sąsiad, nie mógłby być pierwowzorem do którejś postaci. Od tej pory będziesz go uważniej obserwował.
Wadą opowiadań i całego zbiorku jest jego objętość. Ja chętnie poczytałbym dwukrotnie cięższy, ale tylko ilościowo tomik. I tego bym sobie życzył w następnej książce Waszego duetu autorskiego. Więcej czadu Panowie. Bo tak to wraz z zamknięciem okładek, w człowieku pozostaje niedosyt. A nuż z nudów komuś przyjdzie do głowy, by zrobić sobie inscenizacje live, któregoś z waszych pomysłów. I co i potem będziecie ciągani po sądach, że jesteście idolami seryjnych morderców.
Polecam wszystkim fanom czarnego humoru w krwawym stylu.

4 komentarze:

  1. No właśnie. Mało opowiadań. Ale podczas lektury zapomniałam nawet o koszmarnie różowej okładce, ba! Wręcz mi podpasowała do schizoidalnej całości. Tomiczek bardzo polecenia godzien.
    ZeZe

    OdpowiedzUsuń
  2. Zauważyłem błąd w nazwisku jednego autora - powinien być Kazimierz Kyrcz a nie Krycz ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cały ja, dziękuję serdecznie za zwrócenie uwagi i przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najważniejsze, że recenzja na temat :)
    Miłej niedzielKII.

    OdpowiedzUsuń