niedziela, 21 sierpnia 2011

Aria z bluzgami

Słowo publiczny, od dawien dawna kojarzy mi się brzydko. Komunikacja publiczna, publiczna służba zdrowia, publiczna telewizja i wreszcie dom publiczny. O ubezpieczeniach emerytalnych, tak zwanym ZUSie już nie wspomnę, by nie rzucać mięchem. Jestem na odwyku od słownictwa rynsztokowego.
Noszku....##%$33 ZUS. No i po moim celibacie.
Cechą wspólną tych przybytków „szczęścia powszechnego” jest to, że nas ruch..., wróć!!! Ujmijmy to delikatniej. Po prostu zostawiamy im swoje pieniądze, grubą ciężko zarobioną kasę, a w zamian dostajemy przeważnie cholery lub syfa.
Pamiętam, że szalała zima, która jak zwykle zaskoczyła drogowców. No śnieg w grudniu, czy ktoś o tym słyszał? Jechałem autobusem, który według rozkładu powinien był już wracać i to z trzecim kursem. Nabity przemarzniętymi ludźmi pojazd, jak kałasznikow pociskami, igły by nie wcisnął, toczył się po lodowisku przykrytym puchem, a raczej pełzł. Obok mnie siedziała, oczywiście baba, o pardon niewiasta, gruba (a jakżeby inaczej) jak beczka kiszonej kapusty i równie aromatycznie pachnąca. Jednak, mimo to, co chwila przysypiałem, wtulony w jej słoniowate cielsko z jednej strony i twarde okno pojazdu z drugiej. Ale nic dziwnego. Do trzeciej w nocy pisałem opowiadanie, wstałem o piątej, a potem godzinę czekałem w śnieżycy w otoczeniu ludzi wyglądających jak niedźwiedzię polarne, na pojazd, który jak się okazało nie miał zimowych opon i przypominał duże iglo. Kimałem więc, budziłem się  i tak w koło Macieju, kołysany warkotem silnika i gwizdem nawałnicy.
Między kolejnymi letargami spojrzałem na zegarek. Jechaliśmy już półtorej godziny. Głos z głośnika obwieścił, że zbliżaliśmy się do Herbapolu. Ja pierniczę, to był dopiero trzeci przystanek. W tym tempie, dojadę do pracy na zakończenie dnia roboczego, a do domu wrócę, gdy zacznie się wiosna. Rany, wyszeptałem, ale kanał. Znaczy, nie powiedziałem, rany, lecz inne, mniej „cytowalne” słówko.
I wtedy go zobaczyłem. Facet o facjacie ogra, siedział naprzeciw i wbijał we mnie swój mętny wzrok, jak menel, który szuka frajera do kupienia cegły. Nie spuszczał podkrążonych oczu, z workami rozmiaru tych na pszenicę. Nie wytrzymałem napięcia i pierwszy odwróciłem głowę. Nigdy nie byłem dobry w tę zabawę. Przez moment patrzyłem w okno, które przypominało, oplutą, pomazaną markerami i pooblepianą znaczkami lokalnego klubu sportowego, białą ścianę. Oczywiście, o podziwianiu krajobrazu nie mogło być mowy. Ale ja przez kilka minut, udawałem, że coś tam widzę, za zmarzniętym mlecznym osadem, próbując przeczekać nieprzyjemnego współpasażera.
Potem znów spojrzałem w kierunku natręta, z nadzieją, że może już mu się znudziło? A gdzież tam. Pomyślałem, że typ uwziął się na mnie prawdopodobnie dla rozrywki, by nie zanudzić się na smierć. Rozumiałem go, gdyż sam byłem bliski obłędu, ale czemu zawsze mnie to musi spotykać. Kiedyś, jak jeszcze uczyłem się w technikum, jakiś nieznajomy, też spotkany w autobusie, powiedział, że jestem piękny jak księżniczka. Niby nic takiego, szkoda tylko , że świadkami było pięciu kumpli z budy. I tak zdobyłem ksywkę, której nie pozbyłem się do końca szkoły.
Ale to było dawno i nieprawda, gdy nie łysiałem na czubku głowy. No nie ukrywajmy, serio miałem wtedy ładną buzie, więc tamten gość miał po prostu dobry gust. Szkoda, że tak nie uważały dziewczyny. Życie zawsze jest okrutne. Gdybym był gejem, miałbym wianuszek psiapsiółek.
Czego on może chcieć, dumałem, patrząc na typa, jak spod gwiazdy śmierci, który najwyraźniej coś sobie tam w głowie o mnie miarkował. Śmierć, czy gwałt, co lepsze? Jeśli jest życie po śmierci, to nie ma problemu. Życie po gwałcie pewniejsze, ale z drugiej strony... I wtedy najwyraźniej groza chwili przegrała z naturą. Znów przysnąłem. Wylądowałem na łące, goniony przez sapiącego cyklopa, który krzyczał: mój ci on jest, mój ci. Gdy odemknąłem powieki, dobre piętnaście minut później, nieznajomy drab niestrudzenie kontynuował inwigilację. Musiałem coś zrobić. Co prawda w autobusie byłem bezpieczny, ale kiedyś przyjdzi mi w koncu wysiąść. Lepiej do tej pory przekonać się, co do zamiarów prześladowcy.
Chrząknąłem dwukrotnie i kwaśno się uśmiechnąłem, wiecie tak na dobry początek. Drań odwzajemnił grymas, z mistrzowską precyzją. Dawno nie widziałem tak cynicznie wykrzywionej gęby, do tego paskudnej jak sto pięćdziesiąt. Ostatni raz takiego ładunku miłości o zwrocie przeciwnym doświadczyłem, gdy teściowa powiedziała przy wigilijnym stole: Wesołych świąt, synku, niech ci się szczęści we wszystkim, a Bóg dopuści ci błogosławieństw wszelakich.
Powinna pozwać szantrapa swoją twarz o zdradę stanu, gdyż ta twierdziła co innego: Zdychaj w mękach, debilu, zatańczę z chęcią na twoim świeżym grobie, mam już nawet kupiony wieniec, z napisem „Zasmucona mamusia, kochanemu zięciowi, pucio, pucio”.
Z dwojga złego wolałbym zdać się na łaskę socjopaty, niż tej kobiety z piekła rodem. Socjopata ma jakieś serce, potrafi wybaczać, a niekiedy nawet zabije, nim usmaży na wolnym ogniu. Teściowa jest jak mafia, kibice, Legii i urząd skarbowy w jednym.
Sukinsyn nadal się uśmiechał. Skrzyżowałem ramiona na piersiach. Facet zrobił tak samo. Podrapałem się po nosie. Wykonał ten sam gest. Westchnąłem. Z jednej strony ulżyło mi, bo może to tylko niegroźna zabawa w małpowanie, a z drugiej, było wyrazem ewidentnej choroby psychicznej. Zdrowy, dorosły człowiek, tak się nie zachowuje. Jeden z nas musiał ustąpić.
- Przepraszam pana - powiedziałem głośno - Czy my się znamy?
Drań poruszał ustami, nadal mnie przedrzeźniając. A gdy patrzył na mnie tymi swoimi świńskimi oczami, nie zamierzając odpowiadać, dodałem
- Bardzo dojrzale się pan zachowuje, nie ma co.
Sąsiad gbura, młody chłopak w czapce uszatce, parsknął śmiechem. A ten z czego ma radochę? Kolejny świr, a może wspólnik?
Ziewnąłem przeciągle, co oczywiście skrzętnie skopiował mój adwersarz. Miałem już tego dosyć. Nie wyjechaliśmy nawet z dzielnicy, szef będzie marudził, miażdżyła mnie gruba wielorybica, a gość o twarzy, jak sczerstwiały chleb, udawał greka. Wybuchłem z całą nagromadzoną furią.
- Posłuchaj pan, albo się ode mnie odpie... - i wygłosiłem kilkudziesięciu sekundową „arię” w języku budowlanym, posiłkowanym gniewnymi gestami, z których potoczny FUCK, nie był jednym z najgorszych.
- Rozumiesz, mnie idioto, czy nie? - wywrzeszczałem na koniec przedstawienia. Skupiliśmy uwagę całego autobusu, ucieszyłem się, bo teraz trudno mu mnie będzie śledzić z zamiarem skrzywdzenia. Cwany jestem, pomyślałem z zadowoleniem. Na draniu nie zrobiło to jednak wrażenia. Z wprawą hardcorowego mina nadal kalkował moje gesty i poruszał ustami, wykrzywiając się jak małpa na viagrze. Miałem jeszcze w torbie gaz pieprzowy, zobaczymy, co na to powiesz, pomyślałem, sięgając do jej wnętrza.
- A ty szczeniaku, co cieszysz michę? - warknąłem na młodziana siedzącego obok mojego przyszłego kata. - Jesteś jego wspólnikiem. Uspokójcie się, bo zaraz zadzwonię na policję. A może chcecie gazem po oczach?
W odpowiedzi młody popukał się w czoło:
- Koleś, nie wiem co tam ci zaszkodziło, to nie moja sprawa co ćpasz, ale weź się odepnij od mojego lustra, dobra?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz