niedziela, 19 czerwca 2011

Złocista apokalipsa - opowiadanie

Poczta Polska zawsze działa świetnie, a zwłaszcza wtedy, gdy nie potrzeba. Niezwłocznie dostarczy pozew, terminowo otrzymasz ponaglenie od komornika, niespodziewanie przyjdzie list od kochanki, w którym zawiadamia, że jest w ciąży. Natomiast gdy zależy ci, by doszła badziewna kartka na imieniny teściowej, bo przecież nie będziesz się pchał osobiście w paszczę lwa, to okazuje się, że trasa listonosza przebiegała akurat przez Trójkąt Bermudzki i nikt nie widział, nikt nie słyszał, amba zjadła. Oczywiście przykro im i w ogóle, ale to ty otrzymujesz od „mamusi” ostry słowotok wyzwisk, to już lepiej dostać w ryj od kibola, a potem śpisz przez kilka nocy na kanapie, bo żona ma traumę.
Paczka rozmiaru pudełka papierosów, którą odnalazłem w skrzynce rankiem czternastego kwietnia, była owinięta w stare gazety. Nadawca nawet nie raczył się podpisać. Może właśnie dlatego dotarła, że nie wyglądała na wartą „zniknięcia”, pomyślałem, wkładając ją do siatki, z którą wychodziłem do spożywczaka.

Żona wyjechała na wakacje do mamusi, wiec zrozumiale, że nienawykniety człowiek dopiero rano sobie uświadomił, że ma pustą lodówkę. W brzuchu ssało jak cholera i nie było mi w głowie dumać o niczym innym. Dlatego o paczce szybko zapomniałem, zaabsorbowany poszukiwaniami chleba powszedniego i sera żółtego w miarę niewyschniętego.

Przypomniałem sobie dopiero podczas śniadania, podobnie jak o tym, by kupić coś do posmarowania chleba. Wbijając zęby w Ementaler przypominający zaschniętą modelinę, sięgnąłem do siatki po paczkę, z nadzieją, że to być może wszechwiedząca małżonka przysłała mi masło. To by było do niej podobne. Oczami wyobraźni widziałem, jak ironicznie się uśmiecha i kręci głową, stękając: Co ty byś beze mnie zrobił, patafianie?

To jednak nie było masło, lecz foliowy woreczek, taki wiecie, jak kiedyś sprzedawali w nim oranżadę, z którego piło się przez słomkę. Dziś za produkcje takiego napoju Sanepid spaliłby na stosie, a media ogłosiłyby firmę seryjnym mordercą dekady.

W przysłanym woreczku, także znajdował się pożółkły płyn. Ale myśl, że mógłbym go wysączyć przez słomkę, zdawała się równie zachęcająca, co zjedzenie kota sąsiada. W środku pływała złota rybka. Jakiś degenerat wysłał mi pocztą żywą istotę, rozumiecie? Że też się nie udusiła. Woda musiała być natleniona. Czytałem, że w Chinach robią tak breloczki z żywymi rybami, a nawet żółwiami. Ale tu do cholery jest Europa, a nie dzicz dalekiego wschodu, gdzie jada się czworonożnych przyjaciół człowieka.

Śpiesząc się niczym sanitariusz z defibrylatorem do pacjenta bez pulsu, pobiegłem do pawlacza w przedpokoju i wyciągnąłem z niego największy słoik po ogórkach, jaki znalazłem. Potem ostrożnie przeciąłem worek nożyczkami i przelałem cała zawartość do tegoż prowizorycznego akwarium. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że powinienem go wcześniej umyć. Miałem nadzieje, że maleństwo się nie pochoruje.

- To tylko tymczasowo - wyszeptałem, obserwując, jak złocisty lokator zwiedza swoje nowe mieszkanie - potem zmienię ci wodę i może znajdę inną chatę.

Ach, gdybym dorwał tego żartownisia, to chybabym go wysłał poczta na Antarktydę w pudle po lodówce, oczywiście nie robiąc otworów wentylacyjnych.

- A w ogóle, co ty, mała jesz? - Uświadomiłem sobie, że nic nie wiem o żywieniu rybek.

Miałem kiedyś psa. Wystarczyło mu dać michę kaszy i nakroić kiełbachy, a wniebowzięty zwierzak machał ogonem jak helikopter szykujący się do startu. Oczywiście wyżerał samomięso, a kasze zostawiał, cwaniak. Może dam jej okruszków chleba? Jasne, żeby się zadławiła, idioto, usłyszałem w głowie głos żony. Na osiedlu był sklep zoologiczny. Postanowiłem do niego pójść, a po drodze kupić, to nieszczęsne masło.

Obróciłem w pół godziny, zaopatrzony w trzy rodzaje karmy, dwie książki o hodowli ryb akwariowych, pięciolitrowe akwarium, żwir, grzałkę, termometr, jakieś wodorosty, plastikowy wrak statku pirackiego oraz glonojada. O maśle oczywiście zapomniałem.

Wydałem kilka stów, ale było warto. Moja nowa znajoma wyglądała na szczęśliwą, ba, w końcu to dla niej nie lada zmiana życiowa. To jakby się ze schowka na szczotki przeprowadzić do pałacu.

- Jutro kupię ci kolegę, żebyś się miała z kim bawić.

Oby nie piranie, kretynie, odezwała się w mojej głowie, najbardziej przemądrzała ze wszystkich żon. Zabębniłem palcami o blat stołu. Spokojnie oddychaj, przecież jej tu nie ma. Na szczęście przez lata niewoli wypracowałem system ćwiczeń relaksujących, wiecie, by w napadzie amoku nie zadusić zołzy. Pięć lat temu jak na święta zwaliła się teściowa i jak razem na mnie wsiadły, to, gdyby nie nagła awaria prądu, to już bym wychodził z więzienia za dobre sprawowanie. Potem się dowiedziałem, że w stacje rozdzielczą trafił piorun. Widocznie najwyższy postanowił, by postały wśród żywych, na poprawę. Od tamtej pory pracuje nad sobą, bo to trochę tak głupio zabić dwie żmije, a wyrok dostać jak za istoty ludzkie. Teściu oczywiście byłby wniebowzięty i z pewnością odwiedzałby mnie w kiciu i przynosił paczki. Marna pociecha, przyznacie.

Rok później chłopina wyszedł z domu po papierosy i tyle go widzieli. Aż dziw, że wytrzymał dwadzieścia lat tortur mentalnych i fizycznych. Święty człowiek. Ale dosyć o teściówce z piekła i jej córeczce wampirzycy, wracajmy do rybki.

Akwarium postawiłem na półce w salonie. Nasypałem tyle karmy , że biedne zwierze, gdy zjadło połowę, to zaczęło wyglądać niczym piłka pingpongowa. Dobrze, że nie pękła.

Miałem już usiąść i zagłębić się w fachowej literaturze, jak na zawodowca przystało, gdy żonka w mojej głowie, odezwała się ponownie. A naczynia zmyłeś, leniu?

Poczłapałem posłusznie do kuchni, mamrocząc pod nosem mantrę uspokajającą, nie zabijaj, bo to karalne, nie zabijaj żony, bo następna może być gorsza, nie zabijaj żony, bo jesteś hetero, a w wiezieniu jest dużo samotnych mężczyzn. A właściwie, dlaczego słucham się żony, która siedzi setki kilometrów dalej? Noszę przecież spodnie, do jasnej cholery. A właśnie, że nie zmyję, niech stoją, jutro wezmę nowe, mamy ich dużo. Jak wróci, to niech sama zmywa. O, dokładnie, niech zmywa, od tego są kobiety.

Zmyłem naczynia. Nawet udało mi się nie zbić żadnego z nich. Poza kubkiem, ale to był zwykły szklany kubek, których mieliśmy z dziesięć. Jutro polecę do sklepu, kupię identyczny i się Gorgona nie zorientuje. Kogo ja oszukuję, zapłakałem, ona zapewne już wie. Tylko czekać, jak zadzwoni z awanturą, że to był jej ulubiony kubek i, że ja to specjalnie zrobiłem, że marnuje ze mną życie, że mama ją uprzedzała, jaki ze mnie gagatek. O ja nieszczęśliwy.

Już wychodziłem z kuchni, by utopić żale w telewizorze, gdy mój wzrok skazańca padł na strzępki paczki po złotej rybce. Wziąłem je palce z zamiarem wywalenia do śmieci i wtedy z poszarpanego papierów wypadła na podłogę mała żółta karteczka.

Obyś sadysto się na niej podpisał, pomyślałem, schylając się. Niestety nie na kartce nie widniały dane nadawcy paczki, lecz instrukcja.



Instrukcja obsługi złotej rybki.



1. Nawiąż kontakt wzrokowy.

2. Wypowiedz trzy życzenia.

Spełnienia marzeń, życzy producent.



No to wszystko jasne. Najwyraźniej miałem do czynienia z głupim żartem. To na bank któryś bachor Węgrzyckiej, z czwartego piętra. Było ich siedmiu, do koloru do wyboru, każdy miał innego tatusia oraz kilku wujków. Najmłodszy ze szczeniak nosił jeszcze niedawno pieluchy, najstarszego złapałem tydzień temu, jak w pralni rypał się w wannie z pannicą, aż się kurzyło. Pogoniłem gówniarzerię, bo wizja kolejnego pokolenia Wegrzyckich przepełniła moje serce lękiem. Dwa dni później ktoś podpalił mi drzwi od mieszkania. Ciekawe kto? - zapytała, wtedy żona, kręcąc głową z niezadowoleniem - Bo ty nie umiesz pilnować własnych spraw.

Wywaliłem opakowanie i kartkę do śmieci. Postanowiłem tym razem zlekceważyć drani, może się im zabawa znudzi.

Wróciłem do salonu, Basia; miałem kiedyś chomika o tym imieniu, akurat unosiła się nad statkiem, machając filuternie złocistymi płetwami. Glonojad gdzieś się schował, ale na razie przecież nie miał za wiele do roboty.

- Już jesteś bezpieczna, nie oddam cie tym niedobrym chłopaczyskom.

Postukałem w szybę palcem. Podpłynęła radośnie i otworzyła pyszczek, jakby chciała mi podziękować. Popatrzyłem w jej czarne oczka.

- Ach, gdybyś ty mogła, naprawdę spełniać życzenia.

Uśmiechnąłem się, bo wpadła mi do głowy zabawna myśl.

- Po pierwsze, chciałbym dostać cały, taki z dziesięciokilogramowy, karton masła, bo mi się nie chce znów drałować do sklepu - powiedziałem poważnym głosem, jednocześnie pokazując rybce kciuk.

Nim zdążyłem wyprostować palec wskazujący, za moimi plecami coś pierdykło, jakby się sufit walił.

Odruchowo zasłoniłem głowę dłońmi. Dopiero po dłuższej chwili odważyłem się spojrzeć do tyłu.

- Ja pieprze - wyszeptałem.

Na podłodze obok fotela stało wielkie tekturowe pudełko z napisem Masmiks. Wpatrywałem się w nie przez kilka ładnych chwil, zanim podszedłem i drżącymi palcami otworzyłem. W środku było, w cholerę masła, chyba z kilkadziesiąt pudełek. Co ja z tym zrobię, nie mam takiej dużej lodówki? Zadrżałem. Pal sześć, że się rozpuści, żona mnie zabije i tak. „Ty kretynie, mogłeś poprosić o cokolwiek, a zażyczyłeś sobie masła” I znów miała racje. Pobiegłem do rybki. Nadal wisiała przy szybie, jak gdyby oglądała finał ligi mistrzów, z szeroko otwartymi oczkami. Patrzyła na mnie, barana, który zmarnował życzenie na Masmiks.

- Myśl, myśl, masz jeszcze dwa życzenia - mamrotałem - Mogę mieć wszystko, rany.

Na początku chciałem poprosić o wielką górę złota. Ale doszedłem do wniosku, że musiałbym się na skupie tłumaczyć, skąd i dlaczego. Prawdziwą wersją byłby zainteresowany chyba tylko psychiatra, a wcześniej wylądowałbym na komisariacie policji. A może by tak zostać prezydentem stanów zjednoczonych. Już otwierałem usta, gdy uświadomiłem sobie, że on jest czarny. Nie to żebym był rasista, czy coś, ale teściowa była i wtedy to bym już mógł się wieszać. Zresztą taka fucha potrafi być niebezpieczna, trzeba unikać Dallas i odkrytych limuzyn oraz nieustannie szukać kolejnych państw do inwazji, żeby ceny ropy nie podskakiwały.

To może, zostać przywódcą religijnym jakiegoś bliskowschodniego państewka, omanem, szachem, czy wcieleniem jakiegoś bóstwa. By mnie nosili w lektykach, miałbym harem, takich kobiet różnorakich, korpulentnych, szczupłych, brunetek, blondynek.... o nie, odpada, harem żon równa się harem teściowych, z jedną jest problem niczym z rakiem jąder. Nim zabije musi się człowiek pomęczyć, a potem to już morfina nawet nie pomaga.

Ostatecznie wymyśliłem coś skromniejszego, mało rzucającego się oczy, by harpie o tym się nie dowiedziały, coś tylko dla mnie.

- Po drugie, chcę mieć na koncie sto milionów złotych.

Nic tak spektakularnego , jak lądowanie dziesięciu kilogramów masła na dywanie, się oczywiście nie wydarzyło. By sprawdzić efekt, musiałem podrałować do drugiego pokoju, gdzie stał laptop.

O mały włos nie zablokowałem sobie konta, bo dwa razy z wrażenia źle wpisałem hasło. Gdy za trzecim razem się udało, prawie spadłem z krzesła.

Stan konta sto baniek. O rany, jestem bogaty. Nadal to do mnie nie docierało. Mogę sobie kupić wille cabrio, Mercedesa z basenem, czy też odwrotnie. Mogę wynająć zabójcę, by załatwił teściową. Będę wolny, jestem wolny.

Dla testu, nadal nie wierząc, zalogowałem się na allegro i zrobiłem kilka zakupów. IPADA, IPODA2, IPHONA, MacBooka, PowerMACA. A co! Jak szaleć, to na całego. Bank wykonał przelewy na konta sprzedających, pieniądze zostały przyjęte. Faktycznie byłem bogaty.

Usiadłem w wielkim głębokim fotelu i zacząłem rozmyślać, co dalej. Po pierwsze postanowiłem, że rzucam pracę. Bogaczowi nie wypada pracować jako nocny stróż na parkingu. Po drugie jadę w podróż dookoła świata, jak ślubna będzie grzeczna to i ją zabiorę. Ale, wtedy musiałbym jej powiedzieć pieniądzach. Cholera, no trudno. Teściowej zafunduje ewentualnie wycieczkę na Syberię, w jedną stronę oczywiście i niech się męczą białe niedźwiedzie. I tak kilka godzin siedziałem i snułem plany życiowe. Układałem sobie lata, dekady, a nawet ceremonie pogrzebową.

Potem ruszyłem z kartą płatniczą na miasto. Kupiłem kilka garniturów Hugo Bossa oraz parę zestawów młodzieżowych z najnowszych kolekcji, telewizor plazmowy i dużo innych pierdół, które chciałem mieć od dawna. Wszystko kazałem sobie dostarczyć do domu następnego dnia po południu. Potem poszedłem do kina, na kilka seansów po kolei. Uwielbiałem filmy. Zgłodniałem, ale tym razem nie musiałem gotować. Obiad zjadłem w restauracji, najlepszej w mieście, a jak. Kraby, kawior (bleee), szampan, no totalny wypas, o mało nie puściłem pawia z przejedzenia. Po obiedzie rozglądałem się za samochodem, domem i meblami.

A wieczorem wynajęta limuzyną wróciłem do domu. To był wspaniały dzień. Leżałem już w łózko, gdy przypomniałem sobie o rybce. Zupełnie wyleciało mi z głowy, by ją nakarmić. Pobiegłem do salonu. Na szczęście nadal żyła. Widocznie tyle jej nasypałem poprzednio, że wystarczyło do wieczora. Profilaktycznie dołożyłem kilka szczypt pokarmu. Nawet go nie tknęła, jakby była obrażona, czy coś. Jutro ją wezmę do kina, w ramach przeprosin, pomyślałem. Zgasiłem światło i już wychodziłem, gdy znów mnie olśniło i wróciłem do mojej złocistej.

- Ja przecież mam jeszcze jedno życzenie - wyszeptałem, a potem popadłem w zadumę - Czego mógłbym chcieć? Mam pieniądze i o nic nie muszę się martwić.

Byłem senny, to może być jedyny fakt, który mam swoją na obronę. Bo to , co wymyśliłem, było głupie, totalnie idiotyczne, godne debila po lobotomii. Obudziłem w sobie dobrego samarytanina, równie dobrze mógłbym otworzyć ostatnią pieczęć i zaprosić na ziemie jeźdźców apokalipsy: Zapraszamy, od którego miasta zaczniecie dzieło unicestwienia? Polecam Lublin, to taka dziura, że i tak się nikt nie pozna.

Pochyliłem się nad rybka i zamiast się zastanowić ponownie, wypowiedziałem trzecie życzenie.

- Droga rybko, ja to już nic nie chce, dla siebie, ale spraw, by każdy człowiek na ziemi dostał pocztą złotą rybkę, taką jak ty. Ma się ten gest, nie?

Rybka zadrżała, a potem rozpłynęła się w wodzie, normalnie znikła. Byłem właścicielem stu melonów, no wtedy już nieco mniej. Zrozumiałe więc, że nie za bardzo przejąłem się zniknięciem zwierzaka. Mogłem przecież kupić sobie cała ławice rybek, co ja mówię, wielkie oceanarium albo wręcz odgrodzić kawałek Morza Bałtyckiego i wbić tabliczkę z napisami własność prywatna. W co wbić, to już nie było istotne. Potem bym zbudował tam sztuczną wyspę w kształcie wielkiego banana i ogłosił niepodległość.

Pokrzepiony tą myślą, poszedłem spać. Śniła mi się wysoka wieża, na szczycie której w małym okienku tkwił teściowa i krzyczała: Wybacz mi kochany zięciu, myliłam się. Kocham cię, będę ci przynosiła co rano kapcie do łóżka.

A ja stałem na dole i tylko się śmiałem złowieszczo, trzymając w dłoniach wielgaśna wyrzutnię rakiet. Wycelowałem i wtedy...

Obudził mnie ryk klaksonu. Ledwo świtało, była niedziela, a jakiś debil trąbił, jakby się paliło.

- Już ja mu powiem do słuchu - mamrotałem, wlekąc się do okna.

Okazało się, że to Ziemczyński, degenerat z parteru, który lubuje się w tanich winach i szczaniu na klatce schodowej, nie może wyjechać czerwonym Ferrari z parkingu. Drogę blokowało mu srebrne Lamborginii Murillo najstarszego z Wegrzyckich. Obaj siedzieli w swoich gablotach i wydzierali się na jak opętani, bo żaden nie zamierzał ustępować drugiemu. Otworzyłem okno, by ich opieprzyć.

- Ty kretynie, przez ciebie spóźnię się na mecz Barcelony - darł się Węgrzycki - Spieprzaj dziadek pókim dobry.

- Nic z tego szczylu, zaraz otwierają giełdę londyńską, a ja jestem umówiony z maklerem.

Rany nie podejrzewałem, że Ziemczyński zna takie słowa jak giełda i makler. Przytomniałem, z każdą sekundą tego zadziwiającego widowiska. A już zupełnie mnie rozbudziła Lenska z sąsiedniej klatki, która podleciała do nich, tak podleciała wprost z nieba i zawołała.

- Superwomen przybywa na pomoc.

Miała na sobie niebieskie wdzianko i wielką czerwoną literę S na klacie.

- Spadaj laska, idź se zrób tipsy, czy coś, to sprawa między mężczyznami - odwarknął Wegrzycki i to był jego ostatni błąd.

Lenska złapała obiema dłońmi za podwozie Lamborgini i podniosła w powietrze jak zabawkę.

- Ej, zostaw - protestował chłopak - natychmiast szmaciuro, bo...

W następnej chwili wóz ciśnięty wprawną ręką Superwomen, polecał po parabolicznej trajektori w kierunku spożywczaka, by rozbić się z łoskotem na jego dachu.

- Brawo paniusiu - klaskał z radości Ziemczyński - buractwo trzeba tępić.

To mówiąc, pociągnął z gwinta kilka łyków wina, a potem z piskiem opon pomknął uliczka osiedlową.

Lenowska wzniosła ramię i zawołała śpiewnie

- Obowiązki wzywają, świat czeka na ratunek, Supewomen przybywa.

Wystrzeliła do góry i po chwili była już tylko małą kropką na błękicie nieba.

- Co jest, kurwa grane? - wyszeptałem.

Ale to był dopiero początek. Z każdą chwilą świat za oknem dostawał większego świra. Ze spożywczaka wyszła staruszka, z uczepionym na ramieniu mężczyzną, który mógłby być jej synem. Wpatrywał się w nią jak w bóstwo. Skądś znałem jego twarz. Gdy podeszli bliżej, uświadomiłem sobie, że to Leonardo Di Caprio albo jego sobowtór. W oddali coś gruchnęło. To budynek szkoły wyglądający zza przychodni zdrowia, właśnie walił się w tumanach kurzu. I wtedy sobie przypomniałem wszystko, bo będąc nastolatkiem, każdej nocy marzyłem o czymś takim, no i jeszcze by niszczyciele połamali nogi, a szczególnie matematyczka.

- Matko jedyna, a jednak to nie był sen, o rany, co ja narobiłem.

Dla pewności walnąłem się w twarz z płaskacza, niestety nie pomogło. Koszmar nadal trwał. Z balkonu na czwartym piętrze w bloku naprzeciwko, wypadła z krzykiem jakaś kobieta. Podobnie z okna na trzecim. Rozlegały się strzały, ludzie wrzeszczeli, a grupka kilku dresów, która urządziła sobie najwyraźniej jakaś paradę, darła japę:

- Wygraliśmy, Polska mistrzem świata w piłce nożnej.

To przelało czarę goryczy. Zatrzasnąłem okno.

- O rzesz, O ja pieprze - mamrotałem, biegnąć do salonu.

Przez następną godzinę ślęczałem w internecie i czytałem wiadomości. A naprawdę wiele się zdarzyło.

Polski sejm, senat, rząd wraz z premierem, prezydentem i wszystkimi partiami politycznymi, znajdowali się obecnie na księżycu. Ja bym ich wysłał na Marsa, ale księżyc też może być. Ale to i tak lepiej niż w usa, gdzie amerykański kongres wyparował, zalany strumieniami lawy, a siedzibę Internal Revenue Service, czyli ichniej skarbówki zakatował King Kong, Godzilla oraz UFO.

Polska istotnie była mistrzem świata, podobnie jak każde państwo na ziemi. W rosyjskich rzekach płynęła wódka, w polskich bimber, a w Holandii zamiast trawy rosła gandzia. Izrael i Palestyna w końcu się anihilowały, jednocześnie, pozostawiając pustą ziemie, gotową pod osadnictwo.

Wiele afrykańskich państewek z dnia na dzień stało się mocarstwami nuklearnymi i teraz co kilka minut wybuchają tam kolejne plemienne wojny atomowe. Unia europejska, na nadzwyczajnym posiedzeniu parlamentu, wprowadziła na swoim terytorium, zakaz posiadania i handlu złotymi rybkami. W USA posiadanie akwarium, jest zagrożone karą śmierci. Watykan ma trzydziestu papieży, a każdy uważa się za tego nieomylnego i jedynego. Dziesięciu zniosło celibat, pięciu założyło haremy, a dwóch stwierdziło, że fakt nieistnienia boga nie przeszkadza w funkcjonowaniu kościoła. Z wstępnych sondaży wynika, że prezydentem Polski zostanie Kononowicz, gdyż tylko on jest w stanie przywrócić normalność, ze swoim sztandarowym hasłem: nie będzie niczego. Doda wychodzi z Wojewódzkiego, a Cejrowski żeni się z Frytą. Karol Strasburger zaczął opowiadać śmieszne kawały, a Gołota zdobył pas mistrza wagi ciężkiej. I to ja temu wszystkiemu bylem winien.

Okazało się, że ludzie się aż tak nienawidzili, że populacja światowa zmniejszyła się w ciągu jednej nocy coś o dwa miliardy. Ocaleli tylko ci, który nie mieli wrogów albo nic nie znaczyli. Szczególnie duże straty poniosło pogłowie teściowych (moja ocalała, bo nie wpadłem na taki genialny pomysł, by sobie zażyczyć jej zgonu, o ja głupi), prawników, bankierów, urzędników, policjantów, nauczycieli i listonoszy. W takich chwilach dobrze być nikim, pomyślałem z zadowoleniem, cholernie bogatym nikim. Niestety mina mi szybko zrzęda, gdy przeczytałem, że puszka piwa kosztuje milion złotych, giełdy zamknięto, banki ogłosiły upadłość, a rezerwy złota są warte tyle, ile taka sama ilość piasku.

Wszystko się spełniło, z małym wyjątkiem. Minister infrastruktury przepraszał z Księżyca, że autostrad na Euro 2012 nie uda się, bo rybka mu powiedziała, że są rzeczy, wobec, których nawet on jest bezsilna.

2 komentarze:

  1. Można powiedzieć, że i tak mieliśmy farta, bo nikomu nie przyszło do głowy życzyć sobie (i nie tylko): "a niech ten świat szlag trafi". A może właśnie trafił.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też wpadło mi to do głowy :)

    OdpowiedzUsuń