wtorek, 10 maja 2011

„Anioły muszą odejść” - okiem ateusza.

To, że jestem ateista jest bardzo ważne, podczas czytania mojej recenzji ksiązki niewątpliwie należącej do nurtu literatury religijnej. Tym bardziej, że książka mi się spodobała. Ale po kolei. 

Konrad T. Lewandowski to bardzo płodny pisarz o bardzo szerokim spektrum gatunków, w których się porusza. Od Fantastyki, przez kryminał, aż po poważne prace naukowe z filozofii (co nie oznacza że nudne, ale o tym za moment).

Ja najbardziej cenię jego cykl kryminałów o podkomisarzu Jerzym Drwęckim, który fenomenalnie oddaje ducha dwudziestolecia międzywojennego, oraz zachwyca rewelacyjnymi postaciami. Jako że fantasy programowo nie ruszam, najsłabiej znam jego serię, sagę,  o Kotołaku, czyli wcale. Być może się jednak skuszę, zwłaszcza po przygodzie z „Aniołami…”

Prawdopodobnie nie kupiłbym sobie najnowszej książki Konrada, gdybym wcześniej nie został namówiony na przeczytanie „Pochwały herezji”, traktatu filozoficznego o Bogu, wolności  i ogólnie o metafizyce. Jestem fascynatem filozofii i przyznam się że sięgnąłem po niego by móc wejść w spór z Konradem, może się nawet podeśmiać, się z metafizyki, których nie trawie. Ale niestety, albo na szczęście z każdą kolejną kartką „Pochwały herezji”, robiłem coraz więcej notatek na brzegach i nabierałem szacunku do toku rozumowania. Nie spotkałem do tej pory tak rozsądnie myślącego filozofia religijnego, który potrafi w sposób zabawny i do bólu szczery, powiedzieć co myśli o swojej wierze, bez zginania nóg w stawach kolanowych za każdym razem gdy pisze wyraz Bóg.  Powiem więcej, Konrad jako jeden z nielicznych mi znanych, traktuje z szacunkiem swojego Boga, nie przypisując mu debilnych przymiotów, jak małostkowość, mściwość, czy nepotyzm, którymi cechują się raczej rozbisurmanione nastolatka, czy też żądni kasiory kapłani, a nie stwórca świata. Nawet jeśli się nie zgadzam z autorem, choćby w kwestii istnienia Boga, to lekturę „Pochwały Herezji” uważam za wyjątkowo udanie spędzony czas. 

Dlaczego tyle mówię o innej książce zamiast o „Aniołach…”, czyli powieści recenzowanej. Otóż dlatego że powieść ta jest w warstwie metafizycznej oparta na „Pochwale herezji”, co właśnie zachęciło mnie do jej lektury. 

Akcja książki toczy się przeważnie we współczesnej Warszawie, a bohaterami są istoty ezoteryczne takie jak demony, anioły no i Naczelny, czyli pan i stwórca świata. Oczywiście są też ludzie, którzy maja wolną wolę, przeciwieństwie do swoich nadprzyrodzonych sąsiadów. Demony i Anioły toczą ze sobą typowe spory, o dobroć boga, o los ludzi, czasem coś wybuchnie, czasem cos zaiskrzy, jak to w rodzinie. W myśl jednak metafizyki suponowanej przez Lewandowskiego Bóg postępuje zgodnie z zasada zachowania wolnej woli i ujawnia tylko tyle ze swoich planów ile to koniecznie, by nie naruszyć ludzkiego poczucia wolności.

Książka należy niewątpliwie do nurtu fantastyki religijnej, ale byłoby bardzo krzywdzące przypiąć jej tylko taką nalepkę. Znajdziemy w niej elementy powieści historycznej, gdyż jeden z aniołów był za życia husarzem, wspomina czasy, gdy polską rządzili panowie szlachta, a  husaria przeżywała schyłek swej świetności. Retrospekcje historyczne zawdzięczamy też niewymienionemu z imienia aniołowi Dobrej Rady, który oprowadza nas po historii Warszawy i tłumaczy dlaczego spotkało ją tyle nieszczęść. I tu dochodzimy do sedna sensu opowieści Lewandowskiego. Warszawa i Polacy cierpią przez dwa demony płci żeńskiej, które zostały pokrzywdzone przez naszych polaków i teraz się mszczą, podszeptując najgłupsze z możliwych postępowania, które owocują na przykład powstaniem Warszawskim. 

Zachwyca mnie warstwa stylizacji i to nie tyko opisów ale także języka, ale niestety nie kupuje metafizycznej racjonalizacji głupoty która wpakowała nas Polaków w wiele tarapatów. Nie będę się nad tym jednak rozwodził. Sami to przemyślicie gdy przeczytacie książkę. Bo niewątpliwie warto. 

Dostajemy świetną fabułę, z rewelacyjnymi zwrotami akcji. Ciekawe przemyślania, którego niejednego mohera przyprawiłyby o ból głowy, a pozostałych, posiadających zdrowe poczucie humoru, o czkawkę. Oraz co jest moim zdaniem najmocniejszą stroną tej powieści, jak i twórczości Konrada T. Lewandowskiego, wspaniałą galerię postaci. Wystarczy wymienić wyszczekaną serafię Ośkę, która wychowywała się na Warszawskich podwórkach, oraz anioła ateistę-komunistę Sławomira Zaleszczuka, który nie dopuszcza myśli że Bóg i ta cała ezoteryka istnieje naprawdę, okłamując się nieustannie, tłumacząc racjonalnie to co widzi i czego doświadcza. Beczka śmiechu jest z tych jego frazesów wyciętych z komunistycznych manifestów.

Musze dołożyć niestety łyżkę dziegciu. Musze, bo zawsze stawiam na szczerość w recenzji. Czasem podczas lektury odczułem, że Konrad zatracił balans miedzy fabuła, a opisywaniem swojej metafizycznej teorii i robi ustami bohaterów wykład. Było to świetne w „Pochwale herezji”, ale niekoniecznie w powieści fabularnej. Nie każdemu to się może podobać, bo przykładowo nie lubi być nagabywany. Na szczęście nie ma za wiele takich momentów.

Czy polecam „Anioły muszą odejść”? Jasne, bo to jedna z nielicznych iskierek inteligentnej literatury w natłoku bezmyślnej papki, którą nam dziś serwują wydawcy. Nawet jeśli nie wierzysz w bogów, to nie będzie czas stracony. Po prostu potraktuj to jako takiego chrześcijańskiego Władcę Pierścieni i tyle. Ludzie wiary z otwartymi oczami, przywitają tą książkę z radością i przemyślą to i owo. Natomiast moherowi  fanatycy, zdecydowanie powinni sprawić sobie coś innego do czytania. Chyba, że chcą dostać udaru i w ten efektowny sposób zejść z tego padołu łez.

Wydawca: G+J Gruner&Jahr
Oprawa: miękka
Data premiery: 2011-04-20
Liczba stron: 480
Cena: około 34 zł

Materiały dodatkowe:
  • Film o książce, wgniatający w ziemie.  Kliknij w poniższy obrazek.




2 komentarze:

  1. Widziałem na Facebooku, że poróżniłeś się z Lewandowskim. Teraz odwołasz te pochwały?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zmieniam zdania tylko co do ludzi, a nie co do książek. Dlatego właśnie czasem wole książki od ludzi, bo nie potrafią być niewdzięczne.

    OdpowiedzUsuń