sobota, 19 lutego 2011

Podręcznik produkcji cyklopów


Pierwszą osobę, która pokaże to opowiadanie mojej teściowej, po prostu uduszę, zamarynuję i zjem. Mówię całkiem poważnie. Więc jeśli ktoś ma myśli samobójcze, ale nie dosyć odwagi by je wcielić w życie, proszę bardzo śmiało. Będzie bolało uprzedzam.
Kochana mamusiu, sora, to taki żart, ale nie z mamy, ale ogólnie ze stereotypów teściowej. Ok, zrobiłem co mogłem, by ocalić skórę, a teraz kilka słów o opowiadaniu.
Ten tekst dedykuję wszystkim pokrzywdzonym przez POCZTĘ POLSKĄ SA. Jeśli choć jedna Twoja paczka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, list zjadły myszy, a listonosz uparł się omijać Twoje drzwi, to wiedz, że nie cierpisz samotnie. Są nas miliony. I w roku 2013 nadejdzie zemsty naszej czas, bo kończy się monopol, tej nieprzyjaznej nam instytucji na roznoszenie, a raczej na gubienie listów.
Na razie pozostaje Nam składanie skarg, reklamacji, wynajmowanie gołębi oraz przeczytanie mojego opowiadania „Podręcznik produkcji cyklopów”. Jest równie kojące co szum morze o poranku, tak dla prześladowanych przez pocztę, jak i przez instytucje zwaną Teściowa.
Niech żyje wolność. Ale mamusia się nie gniewa, prawda?

Nim przeczytasz całość tekstu, zapoznaj się z poniższym fragmentem.
LINK DO CAŁOŚCI ZNAJDZIESZ NA DOLE STRONY
- Czy wy te listy zjadacie?
Panienka z okienka zrobiła minę, jakbym jej zaproponował seks analny.
- Ale o co panu chodzi?
- Jesteście pocztą, czy rekinem-listojadem? Czwartą paczkę mi w tym kwartale zgubiliście. Prowadzę księgarnię wysyłkową, klienci zaczynają podejrzewać, że ja nie mam tych książek i dlatego nie wysyłam. Owszem, kiedyś tak robiłem, ale kupujący podnieśli larum, ze firma oszust, sądami straszyli. Ech ciężkie jest życie biznesmena - ostatnie zdanie wypowiedziałem ze wzrokiem wbitym w sufit. Zaraz się jednak ocknąłem i warknąłem. - Gdzie jest moja paczka?
Dziewczyna, aż podskoczyła z wrażenia.
- Wysłał pan poleconym? - zapytała Ewa Dębska, jak wyczytałem z identyfikatora.
- A jakim? Gołębiowym?! Czternaście listów mi w ubiegłym roku zgubiliście, macie mnie za idiotę? Może od razu będę te paczki do kosza wyrzucał? Taniej wyjdzie.
- Kiedy nadał pan tę paczkę?
Wręczyłem dziewoi potwierdzenie nadania. Oglądała je w skupieniu, obracała w palcach, miałem wrażenie, że zaraz powącha lub wręcz poliże. W końcu orzekła metalicznym, przesłodzonym tonem:
- Proszę przyjść jutro, bo dziś mija dopiero trzynasty dzień od nadania i nie mogę przyjąć reklamacji.
Poczerwieniałem, oparłem się dłońmi na pulpicie, jakbym szykował się do rozbicia z główki, cienkiej tafli szkła, która dzieliła mnie i tę twardogłową idiotkę. Chyba spostrzegła ten błysk szaleństwa w moich oczach, a może parę buchająca z uszu i nosa, gdyż delikatnie odchyliła się do tyłu.



By przeczytać całkowicie bezpłatnie to opowiadanie, kliknij w obrazek po lewej. Gdy zapragniesz poczytać inne moje teksty przejdź do działu Poczytaj sobie
Miłej lektury



poniedziałek, 14 lutego 2011

Morderczy klimat

Gdy macie naprawdę podły nastrój, wszystko jest możliwe. Czasem każdy człowiek ma ochotę zabić. Znacie to uczucie? To w takim razie opowiadanie Morderczy Klimat jest dla Was wprost idealne.

Cześć tej opowieści wydarzyła się naprawdę. No może nikt nie zginał, ani nic z tych rzeczy, ale niektóre sytuacje których byłem świadkiem, gdyby ich w porę nie opanować, mogły by przybrać, bardzo podobny przebieg. Wszystkie osoby występujące w tekście, cóż, nie do końca są zmyślone, ale każda z nich jest raczej zlepkiem kilku realnych person zdeformowanym w krzywym zwierciadle mego umysłu, niż kimś konkretnym. Ja też jestem gdzieś tam uwięziony na jego stronach, trochę we mnie Majki, nieco Drukmala. Winny, jak my wszyscy.
Niekiedy wystarczy iskra, a sypią się… trupy. Pamiętajmy o tym.

Nim pobierzesz całość tekstu, zapoznaj się z poniższym fragmentem.
LINK DO POBRANIA CAŁOŚCI ZNAJDUJE SIĘ NA DOLE STRONY


(...) Majewski, nazywany Majka, był negatywem Drukmala w każdym calu. Uważał, że: „Rozmowa z petentem jest jak korrida. Torreador pokazuje czerwoną płachtę, a zwierz taranuje”. Majka uwielbiał wcielać się w byka. Gwiazda urzędu i… pupil szefowej, właśnie znęcał się nad zadbaną kobietą po sześćdziesiątce. To była jego ulubiona zabawa.
– Po cóż pani w tym wieku umiejętność gry na pianinie?
Majka zajmował się finansowaniem dokształcania emerytów i rencistów w ramach projektu: „Chcę wiedzieć jeszcze więcej”.
– Jakim wieku?! Czy pan się nie zapomina? – nastroszyła się kobieta.
– Tu jest napisane – pochylił się teatralnie nad dokumentami, udając, że musi odszukać rubrykę z datą urodzenia – że ma pani 67 lat.
– Z kobietami nie rozmawia się o takich sprawach.
– Chyba że planują karierę artystyczną na jesieni życia i to nie za swoje pieniądze… – Skrzywił twarz w uśmiechu i załopotał rzęsami. Wyglądał jak klaun, który właśnie przywalił komuś tortem.
– Cham z pana.
Klientka usiłowała odegrać tak zwane arystokratyczne oburzenie, przykładając w teatralnym geście dłoń do skroni.
– Jasne, a do tego prostak, ale wróćmy do pani wniosku. Czy ma pani słuch?
– Przecież rozmawiamy…
– Mówię o słuchu muzycznym. Uważam, że powinna pani dołączyć zaświadczenie od specjalisty, z którego by wynikało, że nie cierpi pani na starcze przytępienia słuchu. Podniosłem głowę znad papierzysków, by nie przegapić tak epokowego zdarzenia jak spoliczkowanie Dariusza przez petentkę. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Starsza pani, zamiast walnąć gnoja z plaskacza, złapała się za pierś i jęknęła:
– Moje serce…
– A może kurs aktorski, bo widzę, że ma pani talent?
– Dariusz! – zasyczał Drukmal, robiąc zniesmaczoną minę. Majka zawahał się i zastopował ofensywę.
– Może wody podać szanownej pani, albo zadzwonić po pogotowie?
– Woda wystarczy. Zanim jednak Majka zwlókł się z krzesła, Drukmal, z gracją małego niedźwiadka, podskoczył do dystrybutora z minerałką.
– Pani Mario, proszę – powiedział, wręczając jej plastikowe naczynie. Upiła łyk i odstawiła kubek na biurko.
– Śmiało – zachęcał Majka – wody mamy dużo.
– Dostanę pieniądze czy nie?
– Więc chce Pani grać na pianinie? – zapytał Majka lekko ironicznym tonem. - A może na początek coś łatwiejszego? Flet, cymbałki… (…)


By przeczytać całkowicie bezpłatnie to opowiadanie, kliknij w obrazek po lewej. Gdy zapragniesz poczytać inne moje teksty przejdź do działu Poczytaj sobie
Miłej lektury

niedziela, 13 lutego 2011

Proszę mówić do kota - opowiadanie


Wściekłość wylewała mi się uszami. Ulubione spodnie, które oszczędzałem wyłącznie na specjalne okazje, nabierały wody niczym Titanic, który przed momentem wpadł na górę lodową. Kałuża wydawała się płytka, a na dodatek na jej środku wystawał fragment cegły, na którym mogłem zrobić sobie przystanek, podczas przeprawy przez ten - jak mawiają wojskowi - zbiornik wodny pozbawiony znaczenia strategicznego.
Rzeczywistość okazała się diametralnie inna. Ledwo postawiłem stopę na czerwonym kamieniu, złośnik zakręcił piruet i wyskoczył spod niej, niczym płochliwa dzierlatka na widok myszy. Jak bardzo się myliłem w ocenie topograficznej, zrozumiałem dopiero, gdy moja noga zagłębiła się w odmętach deszczówki niemal do połowy łydki.
- Kurwa mać! – wrzasnąłem, z trudem broniąc się przed wyłożeniem jak długi.
Rozległo się przeraźliwe miaukniecie. To kot przycupnięty pod śmietnikiem przestraszył się mojego wrzasku i aż podskoczył z wrażenia. Ubłocenie spodni może się przydarzyć każdemu, co innego kąpiel w kałuży. Nie mógłbym przecież pójść na randkę, wyglądając niczym ociekający wodą lump z Dworca Centralnego. Po pierwsze nie wpuściliby mnie do restauracji, a po drugie Dorota mogłaby podejrzewać, że uprawiałem zapasy błotne i to być może z jakimiś panienkami.
- Cholera jasna – wysapałem. Musiałem postawić w wodzie druga nogę i dopiero po trzecim kroku stanąłem na suchym lądzie.
- Miaaaaaau – kot znów wrzasnął przeraźliwie.
- Zamknij się futrzaku – rzuciłem do strachliwego zwierzaka, przyglądając się nogawkom spodni z zaznaczonym wyraźnie poziomem kałuży.



By przeczytać całkowicie bezpłatnie całe opowiadanie kliknij w obrazek po lewej. Gdy zapragniesz poczytać inne moje teksty przejdź do działu Poczytaj sobie
Miłej lektury

piątek, 4 lutego 2011

Marzenia się nie spełniają...

Kochani mam dla Was wspaniałą wiadomość. Marzenia się nie spełniają, lecz to my je realizujemy. Ich los zależy nie od kaprysu Szatana, Boga, demonów, aniołów, wróżek, lecz od nas samych. Czyż to nie cudowne? Wystarczy kochać nasze sny, by stawały się ciałem. Chcieć to móc. Nie ma żądnej tablicy w niebie, czy w piekle na której jest zapisane że to i to nam się powiedzie, a tamto i tamto nigdy się nie uda. Jesteśmy wolni.